![Prince of Persia: The Forgotten Sands [Zapomniane Piaski] - recenzja](src/art_min_fe100.jpg)
Podobał się Wam poprzedni, „bajkowy”
Prince of Persia? Mi bardzo. Ubisoft poszedł wówczas wprawdzie nieco w stronę niedzielnych graczy (co objawiało się niskim poziomem trudności), ale wspaniały design oraz pomysły twórców spokojnie to rekompensowały. Gra zbierała bardzo wysokie noty (jeśli chcecie, przypomnijcie sobie
naszą recenzję), jednak hardcore’owcy narzekali, że „to już nie to”. Najwyraźniej francuski wydawca postanowił ich wysłuchać i zapowiedział nową odsłonę
POP, tym razem idącą w stronę starszych części, jeszcze z konsol poprzedniej generacji. Malkontenci dostali więc to co chcieli, tylko czy rzeczywiście wyszło to serii na dobre?
Fabuła Zapomnianych Piasków jest dość prosta i przewidywalna. Prince wraca do królestwa, by odwiedzić brata. Zastaje nieciekawy widok – pałac jest atakowany przez setki wrogich jednostek. Malik, brat głównego bohatera, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i skorzystać z mocy „Piasków Czasu” – widzi tylko takie wyjście po tym, jak jego żołnierze nie są w stanie sprostać przewadze liczebnej nieprzyjaciela. Szybko okazuje się, że wykorzystanie wspomnianej mocy nie było najlepszym pomysłem, bo pozwoliła ona odrodzić się niebezpiecznemu demonowi oraz piaskowym potworom. Bracia zostają rozłączeni, każdy z częścią medalionu zdolnego powstrzymać całe to zamieszanie. Kłopot w tym, że Malikowi bardzo szybko zaczynają podobać się moce, które właśnie posiadł i nie będzie skory do pomagania głównemu bohaterowi... Tyle Wam spokojnie wystarczy, bo cała historia nie należy do specjalnie wyszukanych i na dłuższą metę jest po prostu średnia. Bardzo łatwo jest przewidywać co za chwilę może się wydarzyć, co nie świadczy najlepiej o twórcach. Być może jednak stwierdzili, że fabuła aż tak bardzo graczy nie zainteresuje, zatem trzeba skupić się na gameplayu?
Problem w tym, że początek gry również jest średni. Jeśli liczycie na jakieś mocne uderzenie zaraz po rozpoczęciu przygody, możecie zejść na ziemię. Zapomniane Piaski rozkręcają się bardzo wolno. Prince biega od korytarza do korytarza i wykonuje te wszystkie akrobacje, które widzieliśmy już „x” razy. Wspinanie się, bieganie po ścianach, huśtanie się na belkach, wdrapywanie się na słupy, od czasu do czasu trafi się jakaś dźwignia do przekręcenia. Jeśli pamiętacie jeszcze Prince of Persia: Sands of Time, wiecie już jak to wygląda. Pewnie, jest ładniej, bo przecież mamy do czynienia z mocniejszymi konsolami, ale jednak ma się wielkie uczucie „deja vu”. Całość, jak dawniej, jest liniowa do bólu, czyli do celu prowadzi tylko jedna droga, a jeśli spotkacie się z jakimś rozgałęzieniem, to najpewniej prowadzi on do sekretu. Drogę usłużnie wskazuje kamera, która znowu stara się śledzić akcję trochę w stylu God of War, czyli przez 99% czasu można skupić się na akcji, a nie na kontrolowaniu drugiej gałki analogowej.
Różnice zaczynają być widoczne wtedy, gdy przychodzi czas na pierwszą walkę. System został znacznie przemodelowany względem poprzednich części – teraz głównego bohatera może zaatakować nawet kilkanaście, ba!, kilkadziesiąt wrogo nastawionych kreatur i trzeba sobie z nimi jakoś poradzić. W roli przeciwników tym razem wystąpiły różne wariacje piaskowych zombie / szkieletów – nie ma już mowy o czekaniu na swoją kolej, jak w poprzednich odsłonach POP. Walka została oparta praktycznie na dwóch przyciskach – jednym można zadać lżejsze ciosy (idealny do sadzenia combosów), drugi z kolei odpowiada za odpychanie wrogów. Można jeszcze wskoczyć oponentowi na głowę i potem załatwić go efektownym dobiciem, ale na tym w zasadzie podstawowe możliwości się kończą (nie licząc umiejętności specjalnych, ale o nich za chwilę).
Jak to wszystko sprawdza się w praniu? Nieźle. Nie rewelacyjnie, ale wystarcza, by nie kręcić nosem. Proste klepanie jednego przycisku byłoby nudne, toteż twórcy pomyśleli o odpowiednim zróżnicowaniu przeciwników. Najsłabsi piaskowi zombie, z którymi będziecie mieć do czynienia na początku to zwykłe mięso armatnie, kładzie się ich jednym, góra dwoma ciosami. Z czasem dochodzą jeszcze klienci z tarczami (trzeba ich najpierw odepchnąć, by wytracili równowagę i dopiero wówczas okładać mieczem), czy też bardziej opancerzone osobniki – tym trzeba z kolei zasadzić blisko dziesięć ciosów, by padli. Z czasem dochodzą jeszcze choćby magicy, którzy mają możliwość wskrzeszania kolejnych zombie, czy też krwiożercze babki plujące fireballami. Jedno jest pewne – by przetrwać w takim towarzystwie trzeba obrać odpowiednią taktykę.